1978-10-11 Polska B - Rumunia B 2-1

Edmund Zientara (po prawej) został w historii Legii pierwszą osobą, która zdobyła tytuł mistrzowski zarówno jako piłkarz i trener. W 1978 r. powierzono mu misję awansu z drużyną olimpijską na igrzyska w Moskowie. Fot. Nationaal archief.Edmund Zientara (po prawej) był pierwszy w historii Legii, który zdobył tytuł mistrzowski zarówno jako piłkarz i trener. W 1978 r. powierzono mu misję awansu z drużyną olimpijską na igrzyska w Moskwie. Fot. Nationaal Archief.

Odbywający się w Buenos Aires w maju 1978 r. Kongres FIFA dokonał zmian w zasadach udziału w igrzyskach olimpijskich – Moskwa 1980. Z uczestnictwa wyłączeni zostali piłkarze federacji europejskich oraz południowoamerykańskich, grający w mistrzostwach świata i to zarówno w turniejach finałowych jak i w eliminacjach. Skutkiem tej decyzji nasza reprezentacja pozbawiona została kilku murowanych kandydatów do gry w kwalifikacjach olimpijskich. Jednocześnie oznaczała ona konieczność budowy całkowicie nowego zespołu.

W sposób naturalny zadania drużyny olimpijskiej realizować miała kadra B pod wodzą dotychczasowego opiekuna Ryszarda Kuleszy. Jesienią 1978 roku nadszedł jednak czas rozliczeń za mistrzostwa świata w Argentynie, które, jak wiemy, nie do końca spełniły oczekiwania kibiców oraz władz, nie tylko tych piłkarskich. Okres pozornego spokoju po mundialu zakończyły mecze z Finlandią i o punkty eliminacji ME’80 z Islandią, po których, pomimo zwycięstw, w PZPN podziękowano za współpracę selekcjonerowi Jackowi Gmochowi, powierzając z początkiem października pierwszą reprezentację właśnie Ryszardowi Kuleszy. Rzecz jasna wiązało się to ze zmianą na stanowisku trenera reprezentacji B, które objął po nim członek jego sztabu szkoleniowego – Edmund Zientara. I to on miał przygotować zespół do kwalifikacji olimpijskich, choć na razie było to rozwiązanie tymczasowe. Ostateczne decyzje co do obsady trenerskiej reprezentacji miały bowiem zapaść dopiero pod koniec roku.  

Zientara, jedna z legend naszej piłki, i tej klubowej, i reprezentacyjnej, uczestnik nieudanych dla naszej reprezentacji igrzysk w Rzymie 1960 r., jeszcze do niedawna opiekował się juniorami, których wiosną doprowadził do brązowego medalu Turnieju UEFA w Krakowie.

Był to nietuzinkowy trener. Patrząc na dokonania, jego wybór do sztabu szkoleniowego reprezentacji nie dziwił. Wcześniej wykonał kawał pracy w Legii, z którą zdobył mistrzostwo Polski. W roku 1970 doprowadził ją do półfinału Pucharu Europy, w którym poległa z Feyenoordem Rotterdam. Przez wiele lat pozostawał jedynym w historii Legii, który wywalczył mistrzostwo Polski jako zawodnik i trener. Drugim, który dokonał tej sztuki, był Jacek Magiera, ale to już w XXI wieku. Natomiast kilka dni temu Miroslav Radović jako trzeci dokonał tego niebywałego wyczynu. Po Legii były trzy pełne sezony w Pogoni Szczecin. – „(…) To była postać niezwykle barwna. To on nauczył wielu piłkarzy Pogoni gry na poziomie wcześniej niedostrzegalnym (…) Pogoń w latach 1972-75 dokonała wielkiego skoku jakościowego. Drużyna nie zajmowała miejsc gwarantujących grę w europejskich pucharach, ale radowała swoją postawą szczecińskich kibiców (…) – wspominano Zientarę w Szczecinie. Równie życzliwie wypowiadał się o współpracy z nim podopieczny z Pogoni, kadrowicz i olimpijczyk z Montrealu Henryk Wawrowski – „Za kadencji Zientary nauczyliśmy się najwięcej (…) Dziś mówi się o grze w trójkątach, podwajaniu, a my już wtedy pod okiem Zientary to ćwiczyliśmy (…)” – wspominał znany szczeciński dziennikarz Wojciech Parada. Po szczecińskim epizodzie Edmund Zientara poprowadził w 1976 r. do tytułu mistrzowskiego Stal Mielec, z którą później awansował do ćwierćfinału Pucharu UEFA. Stal odpadła wówczas w dwumeczu z Hamburger SV po 1:1 na wyjeździe i 0:1 u siebie, pozostawiając jednak bardzo dobre wrażenie. Później rozpoczął pracę w PZPN. Jego nominacja na opiekuna naszych juniorów była zaskakująca. Zientara dotychczas trenował wyłącznie drużyny seniorskie i nie miał doświadczenia w pracy z młodszymi zawodnikami. Nasz zespół z Andrzejem Iwanem na czele pomimo początkowych kłopotów wygrał jednak swoją grupę, dystansując Anglię, którą pokonał 2 : 0, Hiszpanię oraz Turcję. W półfinale przegrał niestety z ZSRR, by po wygranej 3 : 1 ze Szkocją sięgnąć po wspomniany na wstępie brązowy medal. Dla jednych sukces, dla innych porażka. Bo w składzie było kilku wyjątkowo uzdolnionych piłkarzy. Oprócz Iwana grali przecież Jacek Kazimierski, Andrzej Buncol, Kazimierz Buda, Marek Chojnacki, Krzysztof Baran i jeszcze kilku innych zawodników, którzy w przyszłości zaistnieją w naszej dorosłej piłce. Podobno nie było w tym winy Zientary, a na porażkę w półfinale wpływ miało przede wszystkim huczne świętowanie przez naszą młodzież zwycięstwa w grupie, o czym ich trener nawet nie wiedział… To jednak osobna historia.

Pierwsza selekcja do kadry olimpijskiej miała miejsce przy okazji meczu naszej drugiej drużyny z zespołem Rumunii B w Łodzi 11 października 1978 r., na miesiąc przed losowaniem grup turnieju olimpijskiego.

Nowy trener nie miał dużo czasu na przygotowanie zespołu. Drużyna została powołana praktycznie z marszu, ledwie kilka dni po ogłoszeniu składu sztabu szkoleniowego naszej reprezentacji.

Edmund Zientara do kadry na łódzką konfrontację wybrał 16 piłkarzy. Byli to bramkarze: Stanisław Burzyński (1948, Widzew Łódź), Andrzej Brończyk (1951, Zawisza Bydgoszcz); obrońcy: Adam Topolski (1951, Legia Warszawa), Marian Galant (1955, ŁKS Łódź), Andrzej Mierzwiak (1954, Szombierki Bytom), Józef Adamiec (1954, Odra Opole), Franciszek Bochentyn (1952, Arka Gdynia), Krzysztof  Gawara (1958, Lechia Gdańsk); pomocnicy: Krzysztof Surlit (1953, Widzew Łódź), Henryk Miłoszewicz (1955, ŁKS Łódź), Emil Szymura (1954, Górnik Zabrze), Zdzisław Puszkarz (1950, Lechia Gdańsk); napastnicy: Marek Pięta (1954, Widzew Łódź), Edward Socha (1955, Górnik Zabrze), Wojciech Tyc (1950, Odra Opole), Albin Mikulski (1957, Ruch Chorzów).

Zientara miał ograniczony wybór. W Łodzi, jak to nazwała prasa (Sport), mieliśmy obejrzeć z różnych powodów jedynie „zalążek” drużyny olimpijskiej. Tego samego dnia w Bukareszcie grała nasza pierwsza reprezentacja pod wodzą Ryszarda Kuleszy, w składzie której znalazło się kilku potencjalnych kandydatów do zespołu: Józef Młynarczyk, Stefan Majewski, Janusz Kupcewicz, Włodzimierz Ciołek, Paweł Janas, Marek Kusto, Tadeusz Błachno czy wreszcie Tadeusz Małnowicz – rewelacja rundy jesiennej ekstraklasy.

Wśród powołanych w oczy rzucał się również brak zawodników mistrza Polski – krakowskiej Wisły. Jako kandydatów do zespołu olimpijskiego z tego klubu wymieniano Leszka Lipkę, Zbigniewa Płaszewskiego, Krzysztofa Budkę oraz Marka Motykę. Krakowianie za tydzień (18.10) grali jednak pierwszy mecz II rundy PEMK ze Zbrojovką Brno. W dodatku osłabieni byli licznymi kontuzjami m.in. wspomniany wyżej Płaszewski. Nasz sztab szkoleniowy nie chciał więc narażać krakowian na dodatkowe straty.

Z piłkarzy innego ligowego giganta – warszawskiej Legii w kadrze znalazł się tylko Adam Topolski. Warszawianie nazajutrz rozgrywali bowiem mecz towarzyski ze słowacką Duklą Bańska Bystrzyca, mający uświetnić obchody 25-lecia powstania Ludowego Wojska Polskiego i z tego powodu zwrócili się z prośbą o zwolnienie z udziału w meczu w Łodzi swoich graczy. Zabrakło więc takich piłkarzy jak Stanisław Sobczyński, Janusz Baran czy mający bardzo udaną rundę jesienną w Legii Włodzimierz Smolarek, a Topolski z tego powodu zagra w Łodzi jedynie 45 minut.

Zientara mógł za to zorientować się co do przydatności innych kandydatów. Zapewne dlatego w kadrze znalazło aż pięciu graczy z klubów drugoligowych. Ich nazwiska jednak nie zaskakiwały. Krzysztof Gawara i Zdzisław Puszkarz reprezentowali Lechię Gdańsk, znajdującą się w po 10 kolejkach ligowych na 3 miejscu w tabeli grupy I. Obydwaj mieli zresztą przeszłość reprezentacyjną: Puszkarz zaliczył debiut w kadrze A i to u samego Kazimierza Górskiego, Gawara grywał zaś najpierw w drużynach juniorskich, a później w zespole młodzieżowym Mariana Szczechowicza. Piłkarze ci stanowili o obliczu gdańszczan, a Puszkarz w meczu 9 kolejki z Olimpią Poznań wygranym przez Lechię 6 : 0 zdobył gola i był współautorem pozostałych pięciu, co nie zdarzało się często.

Emil Szymura i Edward Socha byli z kolei motorem napędowym wicelidera grupy II, spadkowicza z ekstraklasy – Górnika Zabrze. Szymurą interesował się nawet Jacek Gmoch, włączając go do 40-osobowej kadry mundialowej na MŚ w Argentynie.

Andrzej Brończyk z bydgoskiego Zawiszy w rundzie jesiennej sezonu 1978/79 to bezsprzecznie najlepszy bramkarz drugiej ligi. Podobnie jak Szymura już na wiosnę był obserwowany przez Gmocha i Kuleszę i miał nawet jechać wraz z kadrą B na kilka meczów do Maroka, ale na przeszkodzie stanęły sprawy paszportowe.

Spośród kadrowiczów najmniej znany był Marek Pięta z łódzkiego Widzewa. Ten 24-latek latem przyszedł do Łodzi z drugoligowego Górnika Wałbrzych i dopiero 30 lipca zaliczył debiut w ekstraklasie w meczu Widzewa ze Stalą w Mielcu. W swoim trzecim meczu, 5 sierpnia, strzelił pierwszą bramkę w lidze, w dodatku dającą zwycięstwo we Wrocławiu ze Śląskiem. Udanymi występami zrobił na Zientarze na tyle dobre wrażenie, że zaledwie 10 gier ligowych i 3 zdobyte gole wystarczyły do powołania do reprezentacji.

Widzew dał zresztą największą liczbę zawodników. Oprócz Pięty Zientara powołał jeszcze kapitana zespołu bramkarza Stanisława Burzyńskiego oraz Krzysztofa Surlita. To akurat nie dziwiło, bowiem łodzianie przewodzili ekstraklasie, chociaż w tym czasie wykazywali obniżkę formy, doznając dwóch porażek. Najpierw przegrali niespodziewanie w Częstochowie z poznańskim Lechem 1:2, a w 11. kolejce, poprzedzającej mecz z Rumunią, ulegli u siebie w meczu na szczycie trzeciemu w tabeli Ruchowi Chorzów 0:1 i to w obecności Zientary, który śledził poczynania piłkarzy z trybun. Bramkę na wagę dwóch punktów zdobył dla chorzowian inny kadrowicz powołany na Rumunię – młody Albin Mikulski, jakby chcąc potwierdzić słuszność jego nominacji. Bohaterem Widzewa i tym, który uratował jeden punkt, mógł natomiast zostać Krzysztof Surlit, jednak w sytuacji sam na sam z bramkarzem Ruchu fatalnie przestrzelił.

W zgoła odmiennych nastrojach byli inni łódzcy kadrowicze, piłkarze ŁKS – Henryk Miłoszewicz i Marian Galant. Zwłaszcza ten pierwszy sygnalizował jesienią bardzo dobrą formę. ŁKS w 11. kolejce grał w Krakowie, skąd przywiózł 2 cenne punkty, bijąc mistrza Polski – Wisłę i to aż 4:1. W zespole gospodarzy zabrakło co prawda 3 ważnych piłkarzy: Kazimierza Kmiecika i Andrzeja Iwana oraz wymienianego już wcześniej Płaszewskiego, nie zmienia to jednak faktu, że ŁKS był zdecydowanie lepszy, a Miłoszewicz miał spory udział w tej wygranej, wypracowując w dodatku pierwszą bramkę.

Łódzka potyczka miała więc być szerokim przeglądem kadr, a kilka nazwisk jej uczestników nie pojawi się więcej w drużynie Edmunda Zientary.

Dla naszych rywali, Rumunów, mecz w Łodzi miał podobnie duże znaczenie. Znajdowali się na tym samym etapie co polski zespół – poszukiwania kandydatów do drużyny olimpijskiej. Kilku zawodników walczyło także o miejsce w drużynie Ștefana Kovácsa na jesienne spotkania eliminacji ME z Jugosławią i Hiszpanią. Potyczka z Polską była więc okazją do pokazania się selekcjonerowi. Opiekun gości, Cornel Drăguşin  – bliski współpracownik Kovácsa, przywiózł do Łodzi ciekawy zespół. Ich największą gwiazdą wydawał się być ofensywny pomocnik Marcel Răducanu – 24 latek z bukareszteńskiej Steauy, zawodnik już renomowany, grający niezwykle elegancko błyskotliwy technik, który w następnym sezonie zostanie rumuńskim piłkarzem roku, a za kilka lat zamieni w niezwykłych okolicznościach czerwono-niebieskie barwy Steauy na żółte Borussii Dortmund. Jak się później okazało, nie znalazł  jednak uznania w oczach Kovácsa. Ten z drużyny występującej w Łodzi powołał bowiem do 22 - osobowej kadry na mecz z Jugosławią bramkarza Silviu Lunga, obrońcę Bruno Grigore oraz pomocnika Florina Grigore.

Wróćmy jednak do meczu. Bazą naszego zespołu był łódzki hotel „Centralny”, do którego zawodnicy zjeżdżali się w niedzielne popołudnie, zaraz po zakończeniu kolejki ligowej. Ostatnie dwa dni przed meczem Zientara poświęcił na treningi oraz zajęcia teoretyczne.

Zanim w Łodzi rozległ się pierwszy gwizdek, zawodnicy mogli jeszcze zobaczyć transmisję z niezbyt udanego występu pierwszej reprezentacji w Bukareszcie. Porażka 0:1 zmobilizowała nasz zespół, który na wypełnionym jedynie w małej części stadionie ŁKS od początku zaatakował z werwą, jakby chcąc zmazać niekorzystne wrażenie, jakie pozostawili podopieczni Ryszarda Kuleszy. Ci, którzy nie przyszli na stadion, mogli żałować, Polska drużyna wygrała bowiem 2:1. Nasi zawodnicy grali szybko i pomysłowo, a że doskonale wyszkoleni technicznie Rumuni starali się grać tak samo, to w pierwszej połowie kibice oglądali całkiem niezłe widowisko, w którym w głównej roli wystąpili biało-czerwoni.

Podania z pierwszej piłki, dobra gra głową sprawiły, że nasi uzyskali przewagę, stwarzając sobie dogodne sytuacje. – „Od pierwszych minut gospodarze narzucili ofensywny, dynamiczny styl gry. Raz po raz na bramkę Lunga sunęły szybkie, składne ataki, widzieliśmy sporo niezłych strzałów” – relacjonował w Sporcie Grzegorz Stański. Efekty takiej gry przyszły szybko. Już w 16 minucie ostre dośrodkowanie Mariana Galanta po rajdzie lewą stroną przejął na głowę Wojciech Tyc, a przedłużona przez niego piłka trafiła do Edwarda Sochy, któremu nie pozostało nic innego jak umieścić ją w siatce rumuńskiej bramki. 1:0 dla Polski!

Milloszewic Osrowski Furtok LesniakW odpowiedzi zaatakowali goście. Na nasze szczęście Florin Grigore okazał się nieskuteczny. Za chwilę kolejne okazje mieli Polacy, jednakże ani Zdzisławowi Puszkarzowi, ani Albinowi Mikulskiemu nie udało się zaskoczyć bramkarza gości. W 22 minucie ten był jednak bezradny. Nasz zespół podwyższył prowadzenie, a efektowną bramkę zdobył Henryk Miłoszewicz (na zdjęciu po lewej) po popisowej akcji z Mikulskim. – „Szybkie podanie i błyskawicznie oddany strzał były takim zaskoczeniem dla bramkarza Rumunii Silviu Lunga, że nawet nie „drgnął'' gdy piłka wpadła do jego bramki” – zachwycał się łódzki Dziennik Popularny.

Dwubramkowe prowadzenie chyba nieco uśpiło naszą drużynę, bowiem 4 minuty później goście zdobyli kontaktowego gola. Jego strzelcem był Dragomirescu, który wykorzystał brak zrozumienia pary naszych stoperów.

Utrata bramki nie zraziła biało-czerwonych. Wprawdzie tempo gry nieco spadło, ale Polacy dalej przeważali, choć ich akcje nie były już tak groźne. Jeszcze w 30 minucie z dystansu strzelił Wojciech Tyc. Tym razem jednak Lung nie dał się zaskoczyć. Do końca pierwszej połowy stroną dyktującą na boisku warunki był nasz zespół. Wynik jednak nie zmienił się.

Druga połowa w wykonaniu biało-czerwonych nie była już tak dobra. Jeszcze w 50 minucie Emil Szymura mógł podwyższyć wynik. Z czasem jednak Polacy zaczęli grać wolniej. Akcje straciły płynność. Do gry wkradł się chaos. Mnożyły się niecelne podania i straty. Dość powiedzieć, że do końca meczu nasi oddali tylko dwa strzały na bramkę rumuńską. Uderzenie Puszkarza Lung wybił na rzut rożny, a silny strzał Mikulskiego w 84 minucie minimalnie minął poprzeczkę bramki gości.

Coraz groźniej atakowali za to Rumuni, stwarzając sobie kilka sytuacji bramkowych. Najpierw w 60 minucie rezerwowy Zahiu minimalnie przestrzelił, a 8 minut później najlepszy w rumuńskiej drużynie Marcel Răducanu trafił w słupek. Ten sam piłkarz mógł wyrównać w końcówce, ale jego uderzenie w 85 minucie znakomicie obronił kapitan polskiego zespołu Stanisław Burzyński. Do końca żadna z drużyn nie była w stanie skutecznie zaatakować i zwycięstwo Polski stało się faktem. Nasz zespół uzyskał skromne 2:1, ale w pełni na tę wygraną zasłużył.

W grze naszego zespołu widać było sporo mankamentów, zwłaszcza brak zgrania, ale nie mogło być inaczej. Zawodnicy grali przecież ze sobą pierwszy raz. Jerzy Lechowski w Piłce Nożnej dostrzegł jednak pozytywy – próby odważnej gry z pierwszej piłki i dobrą grę głową. Wydaje się, że cel tego meczu – ocena wartości poszczególnych kandydatów do reprezentacji - został osiągnięty. Jedni wypadli lepiej, inni gorzej. Dla niektórych, jak napisałem na wstępie, mecz w Łodzi jedynym w zespole Zientary.

Prasa była zgodna, że pierwszoplanowymi postaciami w naszej drużynie byli Stanisław Burzyński, Marian Galant oraz Henryk Miłoszewicz. – „Burzyński był bardzo mocnym punktem drużyny, umiejętnie kierował kolegami z defensywy, bronił praktycznie bezbłędnie” – komplementował naszego bramkarza Sport. Imponujący szybkimi rajdami Marian Galant w ocenie Sportu był nie tylko najlepszym naszym obrońcą, ale w ogóle najlepszy na boisku, chociaż do tego miana według Przeglądu Sportowego pretendował niezwykle pracowity lider naszej drugiej linii Miłoszewicz. 

Sport wyróżnił także Wojciecha Tyca, przebojowego i twardo walczącego o każdą piłkę, który potwierdził swoje walory prezentowane w lidze, a także dwójkę młodszych zawodników – ruchliwego Mikulskiego i świetnego na początku spotkania Sochę. Na plus oceniono jeszcze występ jak zawsze ofensywnego Topolskiego.

Do gry pozostałych piłkarzy było sporo zastrzeżeń. Zawiedli zwłaszcza środkowi obrońcy Mierzwiak z Bochentynem, u których widać było brak komunikacji. Piłkarze ci, słabiej wyszkoleni technicznie, mieli sporo nieudanych zagrań. Podkreślano również, że niewiele wniósł do gry Krzysztof Surlit. Zdaniem obserwatorów łódzkiej potyczki, pomimo surowszych ocen, na kolejną szansę u Zientary zasługiwali wspomniany Mierzwiak oraz Emil Szymura, Marek Pięta i Krzysztof Gawara. Brak było natomiast perspektyw w tej drużynie dla Bochentyna, Surlita i Zdzisława Puszkarza. W ocenie Jerzego Lechowskiego z Piłki Nożnej pierwszego z wymienionych z powodzeniem mogli zastąpić właśnie Gawara oraz nieobecny w Łodzi Stanisław Sobczyński z Legii Warszawa. Alternatywą dla Puszkarza byli natomiast Leszek Wolski ze szczecińskiej Pogoni. Ponadto Lechowski widział w drugiej linii również innego legionistę Janusza Barana.

– „Cieszy fakt, że nasi zawodnicy wykazali wyższość na dobrym zespołem rumuńskim, walecznym, zaawansowanym technicznie, nie rezygnującym z poprawienia niekorzystnego wyniku do ostatnich minut. Jednak zdecydowanie jeszcze za wcześnie na odpowiedź: czy mamy już zręby drużyny olimpijskiej” – podsumował Sport.

Dokumentacja meczowa

Mecz oficjalny:

11 października 1978, Łódź (stadion ŁKS), mecz towarzyski

Polska B – Rumunia B 2–1 (2–1)

1-0 – Edward Socha (16), 2–0 – Henryk Miłoszewicz (22), 2-1 – Constantin Dragomirescu (26)

Sędziował: Widukind Herrmann (NRD)

Widzów: 10 000

Żółte kartki: Ioan Bruno Grigore (Rumunia)

Polska B: Stanisław Burzyński (kapitan, 1948, Widzew Łódź) – Adam Topolski (1951, Legia Warszawa) (46. Krzysztof Gawara, 1958, Lechia Gdańsk), Andrzej Mierzwiak (1954, Szombierki Bytom), Franciszek Bochentyn (1952, Arka Gdynia), Marian Galant (1955, ŁKS Łódź) – Henryk Miłoszewicz (1955, ŁKS Łódź), Emil Szymura (1954, Górnik Zabrze), (62. Krzysztof Surlit, 1953, Widzew Łódź), Zdzisław Puszkarz (1950, Lechia Gdańsk) – Edward Socha (1955, Górnik Zabrze) (75. Marek Pięta, 1954, Widzew Łódź), Wojciech Tyc (1950, Odra Opole), Albin Mikulski (1957, Ruch Chorzów). Trener: Edmund Zientara.

Rumunia B: Silviu Lung (1956, FC Universitatea Craiova) – Ioan Bruno Grigore (1951, Sportul Studentest Bukareszt), Alexandru Nicolae (1955, Gloria Buzău), Florin Marin (1953, Steaua Bukareszt), Petre Purima (1951, FC Universitatea Craiova) – Florin Grigore (1956, CS Târgoviște), Marcel Răducanu (1954, Steaua Bukareszt), Ioan Condruc (1951, FC Baia Mare) (46. Gabriel Zahiu, 1956, Steaua Bukareszt) – Constantin Dragomirescu (1955, FC Baia Mare), Doru Nicolae (1952, Argeș Pitești), (60. Dorin Barna, 1957, FC Timişoara), Alexandru Custov (1954, Dinamo Bukareszt). Trener: Cornel Drăguşin

Opracował:

Jacek Morawski (Białystok)